Pięć lat negocjacji za zamkniętymi drzwiami. W rolach głównych europejscy komisarze i przedstawiciele Kanady. Ponad 500 spotkań, a przy tym nad wyraz aktywny udział lobbystów biznesowych (w stosunku do elementu społecznego). I powstał dokument. Około 2500 stronicowa umowa gospodarczo-handlowa, nazwana CETA (Comprehensive Economic and Trade Agreement), to jedna z głośniejszych umów w ostatnich latach, tuż obok TTIP.

business-1236765-1599x1518ZWOLENNICY

CETA to przede wszystkim korzyści handlowe, gospodarcze oraz inwestycyjne. Umowa przyczyni się do, zwiększenia wzrostu gospodarczego Polski. Znosząc cła i bariery pozataryfowe, przedsiębiorcy będą mogli łatwiej eksportować towary. W związku ze zwiększonym eksportem miałyby powstać nowe miejsca pracy. Nastąpi też liberalizacja handlu usługami. Umowa ujednolici normy i prawa, które zaczną obowiązywać na wszystkich rynkach europejskich i kanadyjskim. Nie trzeba już będzie produkować różnych towarów na poszczególne rynki, co pozwoli obniżyć koszty. A dla konsumentów będzie to oznaczać obniżenie cen, a także dostęp do szerszego asortymentu – twierdzą zwolennicy CETA.

PRZECIWNICY

Według nich umowa zawiera znacznie więcej niebezpieczeństw niż korzyści. Obniżenie ceł na import sprawi, że duzi międzynarodowi konkurenci wyeliminują małych przedsiębiorców. Masowa produkcja tanich towarów, jaką zaczną dostarczać duże korporacje, zniszczy mniejsze firmy. Na CETA najbardziej skorzystają wielkie korporacje, a nie mali i średni przedsiębiorcy.

Maciej Wośko z “Gazety bankowej” stwierdził, że podpisanie umowy z Kanadą może być jak zaciągnięcie swoistego zobowiązania u firmy pożyczkowej. Owszem, nie zaprzecza on, że CETA może rozwiązać wiele problemów handlowych, jednak wszystkie kontrowersje obracają się wokół zapisów “drobnym druczkiem”. A takich zagrożeń w dokumencie jest całe mnóstwo.

Mieszane uczucia co do wymienianych dla Polski korzyści ma Roland Paszkiewicz z Centralnego Domu Maklerskiego Pekao SA. Zwrócił on uwagę, że wymiana handlowa pomiędzy Polską a Kanadą jest przecież niewielka. Niepokoją go również zapisy o ochronie inwestycji. Według niego, zamiast rozkwitu przepływu handlu, możemy zaobserwować rozkwit przepływu inwestycji. Na czym miałoby to polegać? Przykład. Kiedy polska firma chce podjąć jakieś decyzje inwestycyjne w kraju, sama droga administracyjna lub rozwiązywanie ewentualnych kwestii spornych na drodze sądowej – mówiąc krótko – nie są ani łatwe, ani szybkie; ale jeśli ta sama polska firma założy swoją filię w Kanadzie i stamtąd będzie chciała dokonywać inwestycji w Polsce, to procedura będzie wyglądać zupełnie inaczej. Jaki w tym sens – pyta Paszkiewicz? Biznesu to nie przyniesie, za to skomplikuje jeszcze bardziej struktury gospodarcze. Wszystko tylko po to, aby zmniejszyć ryzyko ewentualnych problemów z polską administracją czy sądownictwem.

Istotne w sprawie CETA może być stanowisko pani profesor dr hab. Leokadii Oręziak, kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej. To jedna z nielicznych osób, które przebrnęły przez cały tekst CETA. Profesor stwierdziła,  że na tej umowie skorzysta bardzo nieliczne grupa. Głównie międzynarodowe korporacje, a nie mali przedsiębiorcy. Według niej ta umowa dla Polski jest w całości niekorzystna. Wpłynie ona bardzo źle na: rolnictwo, przemysł, ochronę środowiska, prawa obywatelskie i konsumenta. Przedstawianie CETA jako dokumentu znoszącego cło i wszelkie ograniczenia  ilościowe to tylko pretekst. Chodzi o możliwość ingerowania i zmieniania systemu państwa, jak i sposób rządzenia. Łagodzenie przepisów i dopasowywanie prawa pod korporacje znacznie ograniczy rolę instytucji państwowych, a wręcz zmarginalizuje ich rolę. Profesor Oręziak zwróciła również uwagę, że zapisy CETA nie przewidują żadnej rekompensaty za ewentualne straty czy szkody, jakie mogą się pojawić przez wprowadzanie wymaganych zmian czy przez otwarcie swoich rynków na produkty zagraniczne. A takie rekompensaty pieniężne przewidują umowy wewnątrzunijne.